"....odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj."

Mark Twain


czwartek, 23 lutego 2012

Rower, kajak, bieg i marsz - "Aktywnie w Świat" - czyli jak aktywnie spedzić czas wolny - warsztaty.

Od zawsze ludzie podróżowali pokonując setki a czasami tysiące kilometrów.
Podróżowali aby zobaczyć co jest za górą i wodą, podróżowali w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi,  podróżowali aby poznać inne kultury i ludzi.
Na początku narzędziem do podróży były własne nogi,  później wykorzystywano zwierzęta a z rozwojem cywilizacji przyszły samochody, statki, samoloty.
Czy  dzisiaj jest w nas potrzeba aby ruszyć z miejsca? Czy chcemy coś poznać lub zobaczyć? Czy potrzebny nam aktywny wypoczynek? Czy  stać nas na to?. Jak się przygotować? Co zabrać ze sobą?  Wiele osób zadaje sobie takie pytania.
Aby odpowiedzieć  na te i wiele innych proponuję cykl otwartych spotkań, które być może zachęcą do aktywnego spędzania wolnego czasu.
Było by to  teoretyczne  przygotowanie do sezonu letniego. W formie warsztatów  opowiemy  o swoich podróżach, wymienimy się doświadczeniami, opowiemy o tym jak się ubrać na wyprawę, jak zachować, co zabrać ze sobą, jak przygotować sprzęt. jak zaplanować wyjazd itp.
Spotkania będą się składały z krótkiego wykładu, dyskusji, wymiany doświadczeń oraz ewentualnych ćwiczeń.

Spotkania tematyczne proponuję w następujących dniach:.     

3  marzec 2012r
"Rowerem w świat" - jak przygotować, wycieczkę rowerową krótką i długą.

10  marzec 2012r
"Kajakiem oraz pieszo zapłyniesz i zajdziesz daleko" - spływy kajakowe i marsze piesze jak się do nich przygotować.

17  marzec 2012r
"Pomóc sobie i innym " - jak ustrzec się urazów oraz pierwsza pomoc  podczas aktywności ruchowych.

Spotkania odbędą się w świetlicy MOSiR Międzyrzec Podlaski ul. Zarówie 86  godz. 17.00

24 lub 25 marca 2012r  przygotowania teoretycznie zamienimy na praktykę i  "Poszukamy Wiosny" - rowerami

Aktywne spędzanie wolnego czasu  jest potrzebne dla każdego człowieka przede wszystkim aby odpocząć, aby oderwać się od tzw szarej rzeczywistości, a kontakt z naturą "doładuje akumulatory" aby łatwiej było pokonywać trudności życia .
Przekonajcie swoich najbliższych  i  znajomych  aby wzięli udział w  tych spotkaniach.
Może oni też zechcą z nami jeździć, biegać, maszerować i pływać.
Może odkryją że pomimo wielu trudności warto "wyjść za drzwi". :-)

Pozdrawiam
PS
Zamieszczone zdjęcia są z różnych lat mojej aktywności.
Można nawet powiedzieć że dzielą je "epoki" że nie wspomnę o  ... :-)

środa, 22 lutego 2012

Wspomnienia 5 dni - 1034 km


Międzyrzec rok 2007 sierpień, okres pielgrzymek na Jasną Górę. Troje rowerzystów z rowerowego międzyrzeca postanawia pojechać do Częstochowy i jeszcze trochę dalej, rozmowa odbywa się 5 lub 6 sierpnia. Wyjazd planujemy na dzień 10.08.2007. Dzień przed wyjazdem Bynio mówi, że nie mogą wyruszyć razem ze mną, ponieważ Mariola musi coś załatwić. Ustalamy plan rezerwowy,11.08. Mariola z Byniem dojadą do Częstochowy –PKP z rowerami a następnie już wspólnie będziemy kontynuować podróż. Planuję wyjazd bardzo rano, lecz z przyczyn obiektywnych wyjechać mogę o godz. 10.00.Jadę na ‘’19’’ obładowany jak wielbłąd ( sakwy, namiot itp.) na wysokości MEPROZETU kolega pyta a ty, dokąd? Odpowiadam do Częstochowy i trochę dalej. W okolicy Kocka zaczyna padać deszcz, lecz to w ogóle mi nie przeszkadza. Jedzie mi się bardzo dobrze, przecież jadę do Częstochowy.Częstochowa to szczególne miejsce dla wszystkich Polaków, tak to jest jak mam pod górę lub jest mi ciężko to myślę o Czarnej Madonnie i mówię matuniu pomóż – to mi pomaga, więc mijam kolejne miejscowości, za Kockiem przebieram się jakiś baton i w drogę, bo późno wyjechałem. W Dęblinie ponad 100 km. Jem kanapki zrobione w domu, i jadę dalej Kozienice trasa”48” w kierunku Tomaszowa Maz. -Białobrzegi-Potworów i następnie trasą 729 Przystałowice i 727-Przysucha-749 Końskie. W miejscowości Końskie jestem o godz.24.00. mój licznik wskazuje 250km. Na stacji paliw CPN piję kawę i myślę o rozłożeniu namiotu, pan ze stacji paliw mówi, że niema problemu. Gdy dopijam ostatni łyk kawy deszcz ponownie zaczyna kropić, namiot, sakwy i resztę rzeczy mam solidnie spakowane i tak sobie myślę żeby mi to nie zmokło. Pytam więc faceta ile do Włoszczowej, uśmiecha się – 60km.Dorzuca abym uważał na trasę i nie pogubił się w lesie. Trasa ‘’42 ‘’ kierunek na Radomsko –Przedbórz 742- Włoszczowa. W tej tak znanej miejscowości jestem o godz.5.00. 11.08. a mój licznik wskazuje 309km.Pogoda jest wymarzona od rana świeci słonce i chce się żyć.Przebieram się jem śniadanie i spoglądam w notatki gdzie dzisiaj rano jest Piesza Pielgrzymka Podlaska z karty pielgrzyma którą wcześniej wziąłem w Międzyrzecu wynika że są w okolicy Włoszczowej. Wsiadam na moje pędzidło i po półgodzinnym poszukiwaniu widzę pielgrzymki z Podlasia. Zatrzymuje się wypatruję pielgrzymki z Międzyrzeca. Podczas zsiadania z roweru czuję bul kolana, być może ścięgno lub coś. W między czasie pojawiają się znajome twarze ludzi z Międzyrzeca, jakie miłe uczucie Oni pieszo a ja rowerem pod Włoszczową. Koleżanka Jola pielgrzymuje jako pielgrzym i jako Pielęgniarka. Dołączam się do Pielgrzymki i mówię Joli o kolanie, mówi że na postoju coś poradzi. Na postoju rozmowa jak mi się jechało, kanapki, opatrunek i dalej w drogę do Częstochowy. Mijam Włoszczową i trasą 786 Czarnica,-Św. Anna pomykam do Częstochowy, tak jadąc myślę że zapomniałem o czymś (o śnie) za Św. Anną popas na łące chyba z dwie godziny. Przyrów, Żuraw i jestem w Częstochowie. Licznik wskazuje 432km. Odpoczywam i czekam na Mariolę i Bynia.Po godz. 16.00. na dworcu PKP spotykam się z Nimi i wspólnie wyruszamy w dalszą przygodę rowerową. Aleją NMP na błonia tam kąpiel i posiłek, następnie klasztor Jasno Górski i spotkanie z Czarną Madonną. Nocleg za klasztorem na polu namiotowym (bez rozkładania namiotów) było bardzo ciepło. Rano pakowanie krótka modlitwa i w drogę no Jurę Krakowsko –Częstochowską. Olsztyn- Poraj –Ogrodzieniec – Ojców nocleg na polu namiotowym licznik wskazuje 575km. 13.08. 2007. godzina 8.00.Wyjazd w kierunku Krakowa –Skała – Słomniki i trasą”7” –Kraków o godzinie 11.20. jesteśmy na Rynku Głównym. Zwiedzamy expresowo to piękne miasto i dalej Kr. Kazimierz – Nowa Huta – Proszowice –Kazimierza Wielka –Busko Zdrój to dokładnie 717km Naszej przygody. Nocleg na podwórku u miłych ludzi (brak pola namiotowego). 14.08. godz.7.10. wyjazd zahaczamy o piękny park zdrojowy, Mariola w między czasie występuje na scenie w amfiteatrze, nabieramy wody zdrojowej (można się porzygać, tak wali siarą) i w drogę kierunek Tarnów –Skadla-Szydłów-Opatów-Klimątów –Sandomierz oczywiście zatrzymujemy się w ciekawych miejscach no a Sandomierz to taki mały Kraków a na dodatek ma podziemia ciekawe. Po zwiedzeniu miasta i obiedzie wyruszamy w kierunku Lublina i tego dnia docieramy do miejscowości Zawichost. I wszystkim Nam przypomina się „ stan wody Wisły w Zawichoście wynosi” - nocleg w internacie przy szkole. Na liczniku 843km. Jest SUPER Wisła piękna płynie w kierunku Kazimierza Dln. Z rowerami nie mamy problemów. 15.08.2007. wyruszamy kierunek Kraśnik- Annopol- kier. Puławy-Józefów-Opole Lub.-Kazimierz Dln. No i jak nie zatrzymać się w tak pięknym miejscu, normalnie mus. W Kazimierzu postanawiamy że dzisiaj będziemy w domu spać. Po zwiedzeniu tego uroczego zakątku naszego kraju i posileniu się wyruszamy na chawirę -Puławy- Żyzni- Baranów –Kock-PASZKI koło Radzynia mój licznik wskazuje 1000KM!!!.-Radzyń –Międzyrzec Podl. O godz.21.00. jesteśmy w MIĘDZYRZECU na moim liczniku 1034KM.

PS.-Super wyprawa

-pielgrzymka

-sprawdzenie siebie (ludzkich możliwości)

Trasa http://www.bikemap.net/route/382578

Uczestniczyli

MARIOLA

BYNIO

ANDYROCK

Zdjęcia https://picasaweb.google.com/110530328581259774018/W5Dni1035Km

Zdjęcia wykonali MARIOLA BYNIO I ANDRZEJ

niedziela, 12 lutego 2012

Marsz - science fiction

Fragment dziennika- bloga zapisanego na płycie granitowej. 
Kilka płyt z wypalonym tekstem znaleziono w dolinie Krzny 12.lutego 2012r. część tekstu nie do odtworzenia

" ...LENIA B345 O ..CIU  I ...ANIU"   

"11 luty 2312rok godz. 23.59
Przez te zakrzywienie czasoprzestrzeni i stan w jakim znajduje się nasz hm nasz ? kraj i ludzie hm. ludzie?  obudziłem się  znowu zlany potem  coś mi się śniło ale już zapomniałem co. Wolę te sny w których przemieszczam się bez skafandra wolny ... tekst nieczytelny
Na zewnątrz było zimno chyba ze 289 farcelów. Pomyślałem trzeba koniecznie coś zmienić w tym niby życiu.
Klimatu nie zmienię bo już próbowali robić to 100 lat temu i efekty mamy jakie mamy. Ale jak zmienić przyzwyczajenia setek lat. Przecież nie wyjdę z kapsuły S-E-X 18 najnowocześniejszego modelu przeżywania życia i nie wyjdę za drzwi swojego domusa  /jeszcze rano tak myślałem/ . Więc Napisałem odezwę do ARM i  wysłałem w świat.
Każdy kto chce zmienić swoje życie za 1600 mrugnięć spotykamy się w centrum Międzyrzekami.
"Wyjdźmy z kapsuł   musimy przełamać wszelkie bariery. Czas zmian nadszedł."
Wiedziałem że część naszej ekskluzywnej grupy  ARM jest umówiona na kapsułowe bieganie na nartach w nowej grze wzorowanej na przedwiecznym prawdziwym, najprawdziwszym biegu narciarskim "Serdel" czy jakoś tak - /dla tych co nie wiedzą co to są narty to takie listwy które są przy kapsułach abyśmy mogli obracać się z boku na bok. Przed wiekami były używane do rozrywki. Nakładano je na nogi i szurano po śniegu, który w naszej części ziemi był tylko przez 99 razy w ciągu 365 obrotów z boku na bok. Jak znajdę coś w swoim archiwum to kiedyś wam wrzucę jak ta zabawa wyglądała/
Nie liczyłem na wielki odzew  ale jednak zaczęły  schodzić pierwsze wiadomości.np
C123 pisał  jestem na 9 etapie w mega mario i zostało mi 16 żyć jak się wyrobię to będę. C123 był kiedyś mistrzem naszego kraju w TKD  to może się wyrobić pomyślałem, ale dzisiaj no cóż ...czasoprzestrzeń ale czasami można było liczyć na niego.
Y789 mówił zatrzasnęły mi się dzieci w kapsułach  z najnowszym .....tekst nieczytelny  i nie dam rady.
I wtedy obudziła się M346 moja żona.  Nasze kapsuły stykają się ze sobą więc usłyszałem cichy głos.
Czy ty myślisz że przyjdzie ich wielu, nie łudź się.
Tak, ja wieżę że jeszcze  ludzie wyjdą ze swoich kapsuł, powstaną i ....tekst nieczytelny.....
Ja i M346 zaczęliśmy się szykować. Skafandry do podróży już mieliśmy przygotowane więc poszło łatwo. Wyszliśmy z kapsuł weszliśmy w skafandry i  na tzw. świeże powietrze.
Było przyjemnie, szliśmy spokojnie gdy odezwał się komunikator. C123 mówił, poczekajcie na mnie 5 mrugnięć straciłem ostatnie życie idę z wami. Nikt więcej się nie odezwał . Ja czekałem na C123 a M346 poszła po zapas paliwa do ogrzewania. Zaczęliśmy marsz do "ambony".
Drogę znałem doskonale z opisów i opowiadań moich przodków. To tędy przebiegały marsze podobne do naszego 300 lat temu. Pierwszy postój mieliśmy na mostku. Uzupełniliśmy paliwo i dalej w drogę. Weszliśmy w gęsty las zamarznięty od 100lat.  Szliśmy tak we trójkę wspominając dawne czasy i nie tylko, gdy zrobiło się  ciemno. Jeszcze raz uzupełniliśmy paliwo. Do ambony było już niedaleko, niebo rozgwieździło się milionami gwiazd i galaktyk w mroźnym przejrzystym powietrzu widok zapierał dech w piersiach nie tylko od zimna ale przede wszystkim od widoków. Takiego widoku nie zobaczycie w żadnej  wirtualna grze . Wydawaliśmy tylko ochy i achy oraz "ale zajebiście" / zajebiście to takie słowo używane 300lat wstecz wyrażające zachwyt/. I tak doszliśmy do miejsca przeznaczenia. Było już zupełnie ciemno, rozświetliliśmy wszystko dookoła i niestety nie zobaczyliśmy tam ambony. A przecież z tego miejsca, z ambony mieliśmy nadać we wszechświat komunikat O Powstaniu z kapsuł. Co się stało, nie mogliśmy pojąć. Snuliśmy różne  przypuszczenia, Ja myślałem nawet że w zniknięciu ambony maczał swoje paluchy BKR-oniarze ale przecież im chodzi o to samo, wiec co się z nią stało? Nie wiedzieliśmy.
Ze smutkiem uzupełnialiśmy paliwo, gapiliśmy się w niebo i już chcieliśmy wracać gdy z lasu zaczęły dochodzić odgłosy.
M346 powiedziała to niedźwiedź,
Ja nie to tylko odgłosy wybuchów.
C123 nie to UCHO.
  I w tym momencie rozbłysło światło i zrobiło się ciemno Ja i M346 odwróciliśmy głowy C123 jak kret zakopał się w zmarzniętą ziemię że wystawał mu tylko tył skafandra.. Usłyszeliśmy tylko krzyk rozkoszy i bólu, gdy wszystko ucichło. Staliśmy trochę zaskoczeni C123 otrzepywał skafander z resztek śniegu z dziwnym grymasem na twarzy ni to przerażenia ni radości.. Skafander miał małe uszkodzenie  z tyłu. Nie wiedzieliśmy co się wydarzyło.
Uzupełniliśmy paliwo do końca, włączyliśmy czołówki i chwilę rozmawialiśmy. Następnie ruszyliśmy w drogę powrotną gdy ku naszemu zdziwieniu przed nami stanęła ambona.
Ogarnął nas szalony śmiech tyle namarzliśmy się, nie wykonaliśmy planu związanego z amboną, skończyło się nam paliwo i co.
Ambona zjawiła  teraz a my już musimy wracać.
M346 powiedziała to cud skąd ona się tu wzięła.
C123 powiedział o k...
A Ja To niemożliwe.
Nooo powiedział 4 głos
Przeszedł przez nas dreszcz grozy Brrr. Przecież jesteśmy tutaj w trójkę. Pospiesznie ruszyliśmy w stronę ambony. Kilka stopni i już byliśmy w środku. W ambonie było przytulnie to była taka ekskluzywna wersja.. Nie mieliśmy już paliwa wewnętrznego ale jak przystał na ARM-owców zawsze mamy ze sobą paliwo zewnętrzne. Użyliśmy go. W ambonie zrobiło się jeszcze przyjemniej.
Nikt z nas nie wiedział co się stało. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu i nagle wybuchnęliśmy śmiechem. Śmiech był przez łzy bo przecież nie mogliśmy puścić odezwy w świat. Po chwili  popadliśmy w zadumę C123 odważnie zdecydował że wyjdzie na zewnątrz ambony i rozejrzy się. Wrócił po jakimś czasie z miną podobną jaką miał otrzepując sie ze śniegu  Trochę bólu, trochę radości.
Siedzieliśmy jeszcze jakiś czas ogrzewając się, a tym czasem temperatura zaczęła spadać jeszcze bardziej wiec postanowiliśmy wyruszyć do swoich kapsuł. Kilka minuto - sekund marszu i znaleźliśmy się w cywilizowanym obszarze. Byliśmy zziębnięci i trochę zmęczeni.
Postanowiliśmy trochę się ogrzać w REAL Barze. Najbliżej był ... tekst nieczytelny. A tam spotkaliśmy innych ARM-owców. Zamówiliśmy kilka realwatersów i rozmawialiśmy. W skafandrze C123 odmarzły obwody co skutkowało większym wpływem realwatersów na komórki. C123 zaczął opowiadać swoje sny, które są nie do powtórzenia publicznie. W międzyczasie /znowu te zakrzywienie/ ja i M346 dostaliśmy sygnał o awarii ogrzewania w kapsule, wiec pożegnaliśmy się ze wszystkimi i ruszyliśmy do kapsuł.
Gdy wychodziliśmy C123 nadal opowiadał swoje sny.
Awaria kapsuły okazała się nie groźna więc zaczęliśmy jej używać.
Byłem zawiedziony naszą wyprawą do ambony. I miałem wiele wątpliwości co do przyszłych tego typu akcji. Nadal nic się nie zmieniło.Zaczęły  nachodzić mnie różnego rodzaju myśli.
Do czego te nasze kapsułowe życie prowadzi?
Czy my jesteśmy jakimiś układami scalonymi czy ludźmi?
Co mają na celu ci którzy dają nam najnowsze kapsuły, real bary, gry czy realwatersy?
Co teraz robi C123? Czy realwaters nie zmieni jego osobowości na zawsze.
Ktoś kiedyś powiedział,
Chcesz coś zmienić  - zacznij od siebie.
A ja nadal tylko śnię o prawdziwym bieganiu, trekingu i jeździe na rowerze.
/bieganie, treking, jazda na rowerze to takie przemieszczanie tylko bez skafandra przy użyciu mięśni, a mięśnie to ... tekst nieczytelny"

Ten wypalony opis na granitowej płycie  daje wiele do myślenia.  Czy te znalezisko jest prawdziwe? Co wy o ty sądzicie? Znaleziono także obrazy ale one wymagają jeszcze obróbki więc zamieścimy je niebawem.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Nordic Walking - marsz z kijami czyli ....

 ... jeżeli ktoś ma małe poczucie humoru to niech nie czyta tego tekstu.

28 stycznia było zimno -10. Czy to był czas na spacer???
Ale jak się powiedziało "A"  to trzeba powiedzieć cały alfabet :-)
Tylko ten BKR!!! Po co Oni do Nas przyjeżdżają.
O11.00 na stanicy zjawiło się z 20osób. 7 z BKR-u. Nie darzymy ich sympatią a Oni  i tak do Nas przyjeżdżają. Nie chcemy Was u Nas - pomyślał Yozue jak tylko weszli do sali kominkowej stanicy. To on jako pierwszy z ARM już rok temu chciał przeniknąć do ich struktur i wykończyć od wewnątrz, ale oni nie dali się podejść. Do dzisiej nie dostał legitymacji członkowskiej. Jeszcze przed  ich przybyciem szykowaliśmy misterny plan pozbycia się BKR-u z życia ARM na zawsze.
Tak naprawdę nikt nie wiedział, a BKR-owcy mieli jeszcze mniejszą wiedzę na ten temat, po co się tutaj wszyscy znaleźliśmy. Tylko weszli do budynku stanicy od razu rzucili się do kominka. Ogrzewali się i z niecierpliwością spoglądali w stronę drzwi i w palenisko kominka jakby coś przeczuwali.
Tak, tak już możecie wracać myśleliśmy, nie chcemy z Wami chodzić po naszym pięknym terenie.
Ale  kilkanaście minut po jedenastej dalej spoglądali na drzwi, więc nie mieliśmy wyjścia,  ruszyliśmy, bo Oni wcale nie chcieli wracać do Białej. Pomyśleliśmy, mróz i pierwsze kroki po Naszej Ziemi Miedzyrzeckiej zniechęcą Ich, a szybki marsz na początku wykończy. Przecież mają  mierną kondycję.
Już pierwsze 2 kilometry potwierdziły że się nie myliliśmy, są słabi i powinni jeździć rowerami tylko do Chotyłowa by móc wrócić pociągiem do Białej.
Szczególnie ich Prezesi okazywali opieszałość w marszu. Ciągnęli się na końcu powłócząc nogami i musieliśmy zatrzymywać się często, aby na nich czekać. Takim człapaniem, dotarliśmy mniej więcej do połowy trasy, gdy do Bynia zadzwonił telefon. Uśmiechnął się w myśli. To na pewno Andyrock chce zameldować o wykonaniu zadania czyli o zniechęceniu BKR-owców do dalszej wędrówki. Myślał że już na zawsze ARM pozbył się tych natrętów w przeręblu jednego z Miedzyrzeckich Jeziorek. Przeziębią się i nigdy więcej ich nie zobaczymy.
Ale Andy nie miał dla Bynia dobrych wiadomości.  "Zasmach złamał nogę" usłyszał w słuchawce
Bynio był zawiedziony, tylko jedna złamana noga nie mogła załatwić sprawy. Czyżby tak wytrenowany komandos 6DPD zawalił sprawę? Pomyślał Bynio
Dotarli do całej grupy w kilka minut. Nieśli Zasmacha na ramionach, a Bynio nadal myślał o zniechęceniu ich na stałe. Pomyślał, pójdziemy po samochód i nie wrócimy. Zostawimy ich w lesie  pod pretekstem awarii samochodu. Przecież nie dadzą rady nieść Zasmacha tyle kilometrów na rękach. A wtedy przeziębią się i   nigdy, przenigdy nie wrócą do Międzyrzeca.
Bynio Już miał wcielać plan w życie gdy..... złamana noga Zasmacha okazała się blefem.
Andyrock nie wykonał jednak zadani, nawet w tak małej części.
Marsz musieliśmy kontynuować. Były co prawda jeszcze próby podtrówania BKR-u dolewając im do herbaty niewiadomego pochodzenia płynów, oraz wykańczanie psychiczne poprzez głośny śpiew. Ale wszystko to niestety nie przyniosło żadnego efektu. Smutni i wyczerpani dotarliśmy do stanicy czyli końca marszu. Nie cieszyliśmy się.
W milczeniu przygrzewaliśmy dla wszystkich grochówkę, gdy Mariola wpadła na genialny pomysł. Wlejmy im do grochówki środek do czyszczenia sedesów, wtedy na pewno się rozchorują. Bynio nie czekał długa, jak powiedziała Mariola tak zrobił. Do ich talerzy z grochówką trafiła cała butelka płynu do czyszczenia sedesów. Przyglądaliśmy się ukradkiem czy im aby na pewno smakuje. Zjedli wszystko i jeszcze prosili o dokładkę, a my czekaliśmy na jakiś efekt.
Czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy i.... I nic.  Oni są chyba niezniszczalni albo potrafią się przygotować na wszelkie ewentualności. Z ich strony były także próby zauroczania nas, a to przez ładnie dobrane słowa, a to niby prezent /zdjęcie  z wykańczania Kołabok-a/,albo fajne dziewczyny . A jedną ze spektakularnych prób był  poczęstunek przez Zasmacha jakimś sokiem z GUMI Jagód, którego i tak nie można było wydobyć z mocno zakręconej butelki, której nikt niby nie potrafił otworzyć, ale Bynio znany "odkręcacz" słoików poznał się na fortelu i też jej nie odkręcił, bo nigdy nie wiadomo co w takiej butelce mogło być.
Gdy zbliżyła się 17.00 BKR-owcy wstali nagle i dziękując za poczęstunek  wyszli, obiecując że tu jeszcze wrócą.
Ale My się nie załamaliśmy.
Tego dnia planowaliśmy jeszcze baaaaaardzo długo  zniechęcania BKR-u do ARM.
Knucie planów przeciągnęło się do północy a może i dłużej nikt z nas  tego nie pamięta. Obudziliśmy się po południu 29.01 z uczuciem dobrze wykonanej roboty.
Czy uda się wykonać misterny plan.zniszczenia BKR-u w 2012r?
Mamy nadzieję że ....
Dzyń, dzyń dzyń, dzyń....

PS
Szczególne podziękowania dla Cienkiego i Ewci za to że nie mogli "knuć z nami planów" a w zamian rozwieźli nas do domów.
I gratulacje dla wyróżnionych Aktywnych
Yozuego, Beaty, Barbary i Andyrocka

Zdjęcia Mariola
Zdjęcia Jakub
Zdjęcia Andyrock
Zdjęcia Ewcia


środa, 11 stycznia 2012

Dźwięk Ciszy

Podróż do źródła jest zawsze ekscytująca i bez względu jak jest długa nie zawsze wiadomo jak się zakończy. Planowaliśmy dotarcie do źródła wiele razy i nigdy nam to nie wychodziło.
Ale właśnie na początku stycznia 2012r pomimo nie najlepszej pogody,
nasz plan zakończył się sukcesem. 
Po wielu latach "planowania" dotarliśmy do źródła nad Bugiem. 
A tam usłyszeliśmy "Dźwięk Ciszy".


To tylko 60km od Międzyrzeca i warto tam być o każdej porze roku.

Mariola i Bynio

sobota, 24 grudnia 2011

Życzenia z ..... lasu

AKTYWNI i "rowerowi" międzyrzeczanie,
wszystkim bez wyjątku zaglądającym tutaj, 
ślą życzenia prosto ze "żłóbka".

Życzymy Wam
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia 
oraz wiele pomyślności 
w Nowym 2012 Roku.
 

Życzenia ....

Szczególne Życzenia 
Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku 
przesyłamy dla wszystkich, którzy zaglądają do nas  z Belgii, Wielkiej Brytanii, USA, i Białorusi.
I żeby było aktywnie i śmiesznie 
              Ja i Mariola 
pozdrawiamy Was cieplutko ;-).

Może byście napisali jak Wy spędzacie wolny czas w waszych nowych "miejscach", 
żeby nie pisać "ojczyznach".
   
                                     POZDRAWIAMY !!!

wtorek, 13 grudnia 2011

13 grudnia 1981r AKTYWNIE :-(

"Wieczorem, w sobotę, 12 grudnia 1981 Józef Kubiak rzucił okiem na dziennik treningowy. Jutro niedziela i 30 km wybiegania w pierwszym zakresie. Trzeba położyć się wcześniej bo miał zamiar wyjść ok. 5.30 na trening i żeby zdążyć do kościoła na dziewiątą a później PKS-em do Julii na obiad do jej rodziców. Skąd weźmie na bilet powrotny jeszcze nie widział. E… będzie miał 2 godziny rannego biegania, żeby coś wymyślić, nawet się ucieszył, że nie będzie mu nudno, wymyślanie skąd weźmie pieniądze zajmowało go na większości długich treningów. Jego ojciec zawsze klął na syna, niebieskiego ptaka i pewnie wręcz zmuszał by go do znalezienia roboty, ale czyniąc to stawałby w jednym rzędzie z partią i jej nakazem pracy. Więc wolał spluwać jak Piotr Fijas przed skokiem na mamucie. Józef uśmiechnął się do myśli o świetnym urządzeniu, które widział u jednego zawodnika z RFN na zawodach w Bydgoszczy ostatniego lata. Tamten nazywał to Sony Walkman i pokazał mu jak działa. Świetne do długich treningów, pomyślał wtedy i od tego czasu zawsze w niedzielę rano wzdychało mu się na to wspomnienie.
Nastawił budzik na 5.00 i nakręcił jeszcze trochę sprężynę dla pewności. Kiedyś pęknie pomyślał. Ale zawsze działo się to jakoś tak, że czym wcześniej miał wstać tym mocniej nakręcał. Niechętnie wyłączył radio, akurat leciała piosenka jakaś nieestradowa piosenka ale musiał się wyspać. Było cicho, za oknem padał śnieg ale jakoś nie chciało mu się spać. Czuł, że jutro będzie ważny bieg. Czuł się jak przed zawodami, nie mógł zasnąć.
Uciążliwe dryndanie było jak wyrok. I ten cholerny budzik stał tak daleko. Jaki sadysta go tam postawił. Żeby go wyłączyć będzie musiał wyjść prawie na korytarz i wtedy się rozbudzi do końca. Jak nie wstanie żeby go wyłączyć to też się rozbudzi od hałasu. Wstał, podszedł do budzika stojącego na taborecie w i na talerzu razem z jednym widelcem, nożem i łyżeczką. Podniósł go, przekręcił dźwignię i nastała cisza. Była 5.33. Podszedł do zlewu, nalał do kwarty wody i wstawił włączoną grzałkę. Miał 3 minuty. Wybiegł na korytarz, nikogo nie było, w innych mieszkaniach spali, wskoczył do kibelka na 2 minuty. Wrócił, akurat woda się gotowała. Wyłączył grzałkę, wsypał trochę madrasa do szklanki i 5 łyżeczek burego cukru. Cukier zawsze jakoś zdobywał w ponad dozwolonych ilościach. Oddawał inne kartki, które dostawał z klubu i wymieniał na kartki na cukier. Włączył radio, lubił jak rano coś zagra. Radio milczało. Znów będzie musiał odnieść do naprawy. Spróbował zmieniać częstotliwości. Zmieniał na długie, krótkie, UKF-y i nic. Nagle złapał, coś grało. W okolicach tej linii na podziałce była Rozgłośnia Harcerska. Działała, inne nie, dziwne. Po herbacie ubrał się w zniszczony klubowy dres Polsportu i adidasy. Założył dodatkową bluzę, czapkę rękawiczki, wyłączył radio i wyszedł na korytarz. Była 5.59.
Wybiegł z pałacu, był starą białą dwustuletnią rezydencją podzielą po wojnie na małe gminne mieszkania. Skręcił w lewo, wbiegł na ulicę Kościelną i później w prawo na rynek. Rogowo było małą pałucką mieściną podupadłą po wojnie, choć już ponad sześćsetletnią. Było cicho i pusto. Nie musiał się o tej porze obawiać dziwnych komentarzy i szybko zmierzać na spokojny trening do lasu. Chociaż i tak miał lepiej niż koledzy z miasta. Tutaj już ludzie się trochę przyzwyczaili do biegającego wariata no i znali go od dziecka. Lubił wbiegać rano na pusty rynek. Na rynku skręcił w lewo i miał zamiar biec przez kilka wsi w okolicy robiąc duże koło dookoła największego jeziora. W planach treningowych miał wolne wybieganie ale w formie, w której był zajmie mu to dwie godziny. Będzie powrotem jak będzie się przejaśniać.
Gdy skręcał na rozległym rynku z plantami pośrodku po przeciwległej stronie zobaczył gazika wojskowego chyba i stojący transporter. Biegł dalej, ale patrzył w tamtą stronę zaciekawiony. Zanim zdążył wybiec z rynku dwóch żołnierzy wsiadło do gazika i odjechali na Gniezno. Transporter został. Dziwne. O tej porze co tu robią. W okolicy nie było jednostki wojskowej. Najbliższa była chyba w Gnieźnie. Skręcił za róg i zauważył stojący obok poczty i centrali telefonicznej na poczcie samochód ORMO. Nikogo w samochodzie nie było. Na poczcie paliło się światło. Nie chciał mieć z nimi nic do czynienia. Przyspieszył i wkręcił się na kilka minut w drugi zakres. Na końcu Kolejowej przy wylocie z Rogowa zwolnił. Następne pół godziny biegł w planowanym tempie ale myśli zaprzątały mu widziane sceny. Za Rogowem skręcił w lewo. Droga na Tonowo była jako tako odśnieżona a raczej ubita. Biegło mu się dobrze. Przed Tonowem zamierzał skręcić znów w lewo i zrobić zamierzone koło. Skręcił i dobiegł do wsi Skórki. Wieś składała się dokładnie z trzech chałup. Stały w małej niecce, którą lubił pokonywać na wysokim tętnie. Ale zaczynało biec się ciężko. Droga nie miała prawie kolein ubitych przez chłopskie wozy. Dobiegał do wsi i zobaczył zbiegowisko. Cholera, ci nie są do niego przyzwyczajeni, znów będzie miał poczucie jakby chciał im coś ukraść. Nie chciał nigdzie zbaczać. Trudno, ścierpi komentarze. Jak to się nazywało? Sony Walkman?
- Ejj… szanowny Panie…
Nie, to nie do niego.
- Szanowny Panie, niech Pan się zatrzyma. Pomocy.
Jednak do niego. Wkurzył się, że się zatrzyma, ostygnie i trudno będzie mu znowu ruszyć. Ale się zatrzymał.
- Dzień dobry. Co tam?
Przy drodze stały dwie baby i jeden chłop.
- Panie, panie, pomóż. Kobita mi rodzi. Krzyczał chłop a baby mu wtórowały. Co za jazgot. Chyba odbierze to dziecko w zamian na obietnicę milczenia.
- I co mam niby zrobić, dzieciaka odebrać? Zdyszany był i na endorfinach, żart się go trzymał.
- Nie Panie. Lekarza trzeba, kobitę do lekarza trzeba. Chłop był bełkotliwy i chyba zaczynał trzeźwieć po wczorajszej popijawie. Józefowi trochę już mu się puls i oddech uspokoił. Baby ciągle jazgotały niemiłosiernie ale widział i czuł już je lepiej i chyba wiedział z kim popijał chłop.
I popijał to samo albo w tym samych miejscu, zaduch bił na głowę spocony dres polsportu. Ciekawe czy ciężarna pachnie tym samym?
- No i co? Jest we wsi telefon u sołtysa? To zadzwońcie po pogotowie do Rogowa. Józef chciał już biec.
- Ano jest panie, jo jestym sołtysym, ale telefon nie działo.
O kurcze, pomyślał Józef, zaraz ostygnę całkowicie.
- To zaprzęgajcie chabetę do sań i wieźcie kobitę do Rogowa. Za pół godziny będziecie na miejscu. Józef był już mocno sfrustrowany, zaczynał marznąć. Szlag trafił dobry trening, co wpisze do dzienniczka? Trening zakłócony przez pijanego chłopa, dwie pijane baby i rodzącą kobitę? Po co się zatrzymywał. . Jak to się nazywało? Sony Walkman?
- Ni momy żodnygu kunia, szwagier wczoraj wzion mojygu na kulig do Tonowa.
O cholera, pomyślał Józef. Zaczęło mu się znowu robić ciepło. Pomyślał szybko.
- Dobra, czekajcie tutaj, idźcie do kobity wszyscy. I dawajcie jej wody – powiedział odruchowo. Dlaczego wody? Nie wiedział czemu to powiedział. Miał nadzieję, że nie zaszkodzi oraz, że wody jej dadzą a nie tego co pili wczoraj.
- Ja biegnę do Tonowa, albo nie. Biegnę powrotem do Rogowa i wołam pogotowie. W pół godziny będę w Rogowie. Pogotowie będzie za 40 minut. Macie lepszy pomysł? Baba wytrzyma tyle?
Patrzyli na niego jak na ducha. Wywalili gały. Jazgot zamilkł.
- W… pół… godziny… w… Rogowie….? Baba tęższa zapytała wreszcie.
- Jest śnieg. Nie dam rady szybciej. Ale może trochę wycisnę jeszcze.
Chłop wyglądał jakby pojął cel i istotę treningu biegowego. Może się przydać gdy ci baba rodzi. Stali tam z rozdziawionymi gębami a Józef krzyknął:
- Dobra, ja lecę a wy idźcie pilnować kobity. Jedna z pań niech stoi tu przy drodze może coś pojedzie. Ale nie liczył na to.
Znów zaczął biec. Pierwszy raz w życiu miał cel tak użytkowo ważny. Skoncentrował się na tempie, technice i taktyce jak najszybszego pokonania dystansu do Rogowskiego ośrodka zdrowia. Skręcił w prawo w bardziej ubitą drogę. Od kilometra biegł w trzecim zakresie. Powoli ten bieg i ten cel stawał się coraz ważniejszy. Adidasy wbijał mocno w ubity śnieg aby wykorzystać grzebnięcie stopy podczas odbicia. Zaczynało być niesamowicie przyjemnie jak zawsze na początku biegnięcia w trzecim zakresie. Szybkość i moc dawała nadzieję, była samonakręcającą się turbiną. Ale tym razem było coś jeszcze, coś bardziej nieuchwytnego, coś co nie pasowało mu do szybkiego, intensywnego biegu. Była jeszcze odpowiedzialność. I chęć. Jakaś nieokreślona chęć czegoś.
Po czterech kilometrach stwierdził, że tempo był zbyt ambitne i zaczyna słabnąć. Mózg zaczynał panikować. Właśnie dobiegał do zakrętu na inną małą wieś „Izdebo 1”, tam musiał być telefon u sołtysa. Skręcić w lewo czy biec jeszcze trzy kilometry do Rogowa? Ten jeden kilometr przeważył i skręcił. Po stu metrach pożałował. Zaspy były okrutne. Śnieg nawiewało całą noc z okolicznych pól. Droga była ledwie kilometrowa ale cała odkryta jak stół. Zaspy pół metra i były usypane jak hałdy piachu. Ostatkiem sił dobiegł do wsi. Na trzeciej chałupie wisiała tabliczka „Sołtys”. Wbiegł na podwórko a z naprzeciwka skoczył do niego ujadający duży kundel. Nie zatrzymał się, przyspieszył i kopnął psa ze złością ale tamten się uchylił i adidas przeszedł po końcu odwłoka. Kundel j kwikiem zniknął w budzie. Józef wpadł do chałupy. Sołtys chyba właśnie się podnosił od stołu i chciał chyba coś chwycić do obrony ale Józef krzyknął ze złością.
- Stój, stój, nie bój się. Potrzeba telefonu. Józef oddychał ciężko.
Chłop popatrzył chwilę i ocenił nawet dość szybko i poprawnie sytuację.
- Tutaj. Skinął w stronę drzwi do innego pomieszczenia.
Wszedł pierwszy a za nim Józef. W dwóch łóżkach pod puchatymi pierzynami spały dzieciaki. W jednym dzieciak z matką. Nie obudzili się.
- Chłop podszedł do telefonu, podniósł słuchawkę i zakręcił korbą. Zakręcił znowu. I znowu.
Popatrzył na Józefa.
- Nie działa.
- Co? Warknął Józef.
- Telefon nie działa. Jest cisza. Spróbuj pan sam. Chłop podał mu słuchawkę.
Józef chwycił telefon, nacisnął widełki i zakręcił korbą. Jeszcze raz.
- Halo, halo do cholery. Krzyczał w milczącą słuchawkę. Uspokoił się po chwili i powiedział.
- Zaprzęgaj pan konie do sań, weź pan jakąś sprytną babę ze wsi i jedźcie odebrać poród do Skórek. Jedna baba tam rodzi a reszta wsi jest pijana i mogą jej tylko zaszkodzić. Ja polecę do Rogowa po pogotowie. Będę szybciej niż pan, bo pan zaprzęgniesz już będę w połowie drogi a zasypana cała jest, że koniem nie będzie szybciej.
Chłop patrzył na Józefa i milczał. Baba się zaczynała budzić od tek dyskusji nad jej pierzyną. Musiała być ciepła, pomyślał Józef. Trzeba sobie taką załatwić. Z klubu mi nie dadzą. Polsport też nie produkuje.
- Jasne? Jedźcie już. Warknął Józef. Chłop zaskoczył.
- Dobra, już zaprzęgam. Kobita sąsiadów trochę się zna na porodach, ją zabiorę.
- Dobra, ja lecę. I wybiegł. Kundel szczekał na niego ale mordę wstawił tylko tyle z budy, żeby fale dźwiękowe szły na zewnątrz.
Józef znowu zaczął przeklęty interwał. Co znaczy „zna się trochę na porodach” – mozolnie i ciężko się biegło, nigdy jeszcze tak długo nie biegł na takim tętnie. Musiał jakość odwrócić myśli od serca, mięśni i tętna. Temat „znania się trochę na porodach” był w sam raz. Czyli tamta baba wie jak dochodzi do sytuacji wstępnej w następstwie, której dochodzi do porodu? Czy może sama rodziła dzieci? Ale nie, przecież żona sołtysa, ta co spała, też pewnie rodziła, więc ją by wziął. W takim razie tamta trochę bardziej „się znała”. Ale mimo wszystko przyspieszył. Pokonał już odcinek z zaspami. Zaczęło biec się dużo lepiej. Obejrzał się, sołtys jeszcze w zaspy nie wjechał. Józef miał nadzieję, że mimo wszystko niedługo ruszy.
Dobiegał już do Rogowa. Wbiegł na ulicę Kolejową, było trochę z górki, przyspieszył jeszcze. Pierwszy raz czuł jak serce mu prawie rozrywa. Zapłaci za ten bieg drogo. Został jeden kilometr. To już finisz. Żeby wystarczyło mu tylko sił na podanie informacji lekarzowi. Droga była gdzieniegdzie odśnieżona. Wbiegał w kocie łby i ślizgał się niemiłosiernie. Nagle w okolice poczty zobaczył samochód ORMO. Tym razem stało tam dwóch ormowców i zobaczyli go. Jeden krzyknął coś do siedzącego trzeciego w samochodzie i tamten wyskoczył.
Gdyby Józef wiedział jak się to skończy uciekł by im i obiegł do ośrodka zdrowia. Jednak powoli przystanął, pochylił się w pas i zaczął ciężko oddychać.
- Pomocy, pomocy … potrzebne pogotowie, dzwońcie do ośrodka… Ledwie wykrztusił.
Ormowiec z samochodu podbiegł bliżej i walnął go w głowę białą pałą. Józef upadł i zaczął kaszleć i łapać powietrze. Krew pociekła na śnieg.
- O… gdzieś musiałem zostawić czapkę, pomyślał. Śnieg był miły w dotyku, chłodził twarz. Po chwili poczuł uderzenie w brzuch, kolejne w plecy, kolejne w brzuch i w głowę, zemdlał prawie.
Podnieśli go i zaczęli ciągnąć do samochodu. Naraz rozległ się huk. Józef podniósł wzrok. Nadjechały dwa transportery.
- Cholerne ZOMO – pomyślał Józef i zaczął analizować czy ma siły na bieg do ośrodka. Może się wyrwie.
Ostatni transporter się zatrzymał. Ze środka wyskoczył jeden z zomowców. Cwani jeszcze przed chwilą ormowcy się wyprężyli.
- Co się dzieje? Spytał zomowiec.
- Dostał w łeb za latanie po mieście. Najpierw lata później mu się lekarza zachciewa.
Zomowiec podszedł do Józefa, który opadł na śnieg jak go puścili ormowcy. Pochylił się i walnął go w twarz pięścią. Nawet nie za bardzo bolało.
- Lekarza, gnoju, lekarza? Siedź w domu i módl się. A nie lataj po ulicach. Zomowiec znów go walnął.
Józef krzyknął.
- Zadzwońcie na pogotowie. Kobieta rodzi!!!
Zbierał siły na śniegu. Był w formie, tętno szybko padało i się regenerował, za chwilę będzie gotów do finiszu do ośrodka. A później niech się dzieje co chce.
- Niech sobie rodzi, gnoju. Niech rodzi i niech urodzi albo i nie. Mamy wojnę. Nie wiedziałeś?!!!
Zomowiec śmiał mu się w twarz.
- Telefony nie działają. Nigdzie.
Józef pożałował w tym momencie, że skręcił do Izdebna. Może gdyby biegł prosto nie natknąłby się na ORMO i ZOMO. A może dobrze, że skręcił? Jest jeszcze nadzieja w sołtysie i tej co „zna się trochę na porodach”.
Zomowiec kopnął go w nogi.
- Weźcie go i trochę spałujcie a później na areszt.
Ormowcy podnieśli Józefa i zaciągnęli na pocztę. Weszli do pomieszczenia centrali telefonicznej. Wszystkie kable wisiały nie podłączone. Było ich tam jeszcze dwóch. Na stole stało kilka butelek wódki. Józef zdecydował, że teraz albo nigdy. Pchnął tego z tyłu na drzwi i wybiegł na ulicę. Byle do zakrętu a później 500 metrów do ośrodka.
Już miał skręcać gdy padły strzały. Aż go odwróciło. Zobaczył zomowca z kałasznikowem mierzącego jeszcze w jego kierunku.
Bólu nie czuł wcale.
Ale żal czuł wielki.
Dlaczego, co się dzieje?
A Kto wypełni dziennik treningowy treścią:

„13 grudnia 1981 – niedziela. Bieg poranny. Śnieg, drogi zasypane. Miało być 30 km OWB1. Było 7,5 km OWB1 i 9,5 km 3 zakres.”.
A miał być dzisiaj na obiedzie u rodziców Julii.
Ciekawe czy dziecko się urodzi żywe?
Jak to się nazywało? Sony Walkman?"

PS
Przedruk  z portalu bieganie.pl

Niech to się nigdy nie wydarzy !!!